Srogi czas temu (ze dwa lata będzie), narysowałam żabę. I choć niegłupia ta żaba wyszła, niczego konstruktywnego z niej nie zrobiłam. Nawet obrazka dziecku na ścianę. I nie szkodzi, że dwa lata temu ni dziecka, ni męża nie miałam, choć chęci - jak zawsze - szczere.
Ale żaba, jak w bloku rysunkowym zakwitła, tak czekała na swoje pięć minut. I doczekała się skanu. I gdyby nie skan właśnie, toby po żabie ani widu, ani słychu nie było. Bo szkicownik, w którym moja ręka żabę płodziła, szlag jasny trafił, krew nagła zalała.
Tak czy inaczej, poniżej prezentuję Żabę. Bezimienna i z lamusa, ale odrestaurowałam nieboraczkę. Spokoju mi trochę zburzyła i czasu zjadła. I uwagę od rodzonego grzdyla odciągnęła, skutkiem czego zeżarł łapserdak kawałek książki. Grunt, że nie mojej.

opublikowałam nawet w Google +
OdpowiedzUsuńniech mają :)
Zacnie.
UsuńNiech mają :)